Międzynarodowe Spotkania Nieprzypadkowe
Oko Nigdy Nie Śpi- Kujawsko-Pomorskie 2021
„CUD”

edycja VIII

18–21.06.2021

Miejsce: Pałac Ostromecko/ Galeria Miejska bwa Bydgoszcz

W tym roku Międzynarodowe Spotkania Nieprzypadkowe OKO NIGDY NIE ŚPI – KUJAWSKO-POMORSKIE po raz kolejny zmierzą się z nowym tematem, choć jak najbardziej aktualnym… „CUD” to pojęcie z pogranicza mistyki i najbardziej realnej rzeczywistości, czego wszyscy doświadczyliśmy przez ostanie kilkanaście miesięcy.
Każdy dzień naszego życia był dniem w którym „trwanie”, mimo wielkich przeciwności, zakrawało na wydarzenie z obszaru „niemożliwego”. „CUD” zakorzeniony jest w naszym świecie jako wydarzenie „nierealne”, choć codziennie doświadczamy jego nieprawdopodobnej aury. Wystarczy przyjrzeć się jakiemukolwiek przedmiotowi, drzewu, obrazowi, sztuce teatralnej, człowiekowi, a także samemu istnieniu, aby pomyśleć, że mamy do czynienia z przejawem cud(u)owności.

Doświadczać cudowności i badać oraz perygrynować obszar pojęcia „CUD”, będą jak co roku znamienici polscy i zagraniczni artyści wizualni w ramach kolejnej odsłony Międzynarodowych Spotkań Nieprzypadkowych Oko Nigdy Nie Śpi 2021.

OKO NIGDY NIE ŚPI – KUJAWSKO-POMORSKIE zawita do Galerii Miejskiej BWA w Bydgoszczy oraz do Miejskiego Centrum Kultury w Bydgoszczy, a większość działań festiwalowych planowanych jest w Zespole Pałacowo-Parkowym w Ostromecku.

Organizatorzy i uczestnicy serdecznie zapraszają do udziału w wydarzeniu „na żywo”. Poniżej dwa teksty ideowe dotyczące OKA 2021, których autorami są prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko oraz Grzegorz Brzozowski.

 

Poniżej dwa teksty ideowe dotyczące OKA 2021, których autorami są prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko oraz Grzegorz Brzozowski.

„CUD”

prof. dr hab. Zbigniew Mikołejko

Cud to nie tylko zjawisko religijne. Jest on więc czymś dużo szerszym. Czymś, co znienacka i w niebywały sposób wkracza we wszystkie sfery bytu. I opromienia je swoim blaskiem, ale bywa też, że je burzy, rozsadza, radykalnie przemienia. Cud nie zna zatem granic, jest niemożliwością poza kręgiem rzeczy i spraw możliwych, tych zwyczajnych i oswojonych dobrze w naszym codziennym istnieniu. Wyraża to zresztą język potoczny, kiedy sięga on po pojęcie cudu, aby poradzić sobie z czymś, z czym w istocie poradzić się nie da – z rozmaitymi niewytłumaczalnymi zdarzeniami i doświadczeniami, z tym wszystkim, co nas absolutnie zaskakuje i poraża swą niesłychaną wymową, wymykającą się wszelkim mianom z naszego słownika i wszelkim racjonalnym, logicznym myślom. Cud więc odnosi się przede wszystkim do wyjątku, co widać nawet w banalnych i wyświechtanych wyrażeniach – kiedy używamy chociażby przymiotnika „cudowny” jako synonimu zwrotów „niezwykle piękny”, „piękny nad podziw”, „niesłychanie piękny”. Jeśli przyjąć za Ludwigiem Wittgensteinem, że „granice naszego języka są granicami naszego świata”, cud znamionuje to właśnie, że jest on – także wówczas, kiedy nie dotyczy spraw wiary – czymś spoza naszego świata. Jest istnieniem od tego świata odrębnym, radykalnie przerastającym wszystkie jego wymiary i wyposażonym z tego względu w niezwykłą moc, również przerażającą. Zawsze jednak paradoksalną, „zaprzeczną” wobec tego, co znamy, tego, co doświadczamy na ogół. „Mówi się – pisał więc w XIII stuleciu wielki filozof i teolog, św. Tomasz z Akwinu – że coś jest cudem, kiedy dzieje się poza porządkiem wszelkiego stworzenia”. Tomasz zresztą, ogromny miłośnik systemów i klasyfikacji, uznał zarazem, że istnieją trzy odmiany cudów: miracula supra naturam (cuda nadnaturalne, takie jak zmartwychwstanie), miracula contra naturam (cuda wbrew naturze, pojawiające się wówczas, gdy natura zachowuje się odmiennie niż zazwyczaj, np. w przypadku lewitacji czy stąpania po wodzie) oraz miracula praeter naturam (cuda zdziałane przez naturę, ale w sposób określony przez jej Stwórcę – np. uzdrowienie). To oczywiście odnosi się do katolicyzmu i związane jest z wynoszeniem na ołtarze błogosławionych i świętych. Dziś przyjmuje się zatem, że każdy z tych trzech rodzajów znaków nadprzyrodzonych wystarcza do beatyfikacji czy kanonizacji, jednak cud nie musi pojawić się wcale za życia kandydata na ołtarze. Wszakże Kościół wymaga dwóch osobnych cudów: jednego dla beatyfikacji, drugiego – dla kanonizacji, już po beatyfikowaniu zmarłego, przy czym z wymogu pierwszego cudu „zwolnieni” są męczennicy za wiarę. Ale pojęcie cudu nie odnosi się tylko do katolicyzmu – jest znamienne dla wielu religii, czasem w stopniu ograniczonym (na przykład Budda czy Mahomet, w odróżnieniu od Jezusa, nie posługiwali się cudem jako środkiem prowadzącym ku wierze). Siła cudu była szczególnie porażająca w wiekach dawnych, w „pierwszym dzieciństwie” ludzkości. W czasach przednowoczesnych, kiedy niepojęte zjawiska przyrody i karkołomne przygody losu odbierano jako rzeczywistość zaczarowaną, magiczną, „świętą” – jako wielką jedność bogów, natury i ludzi, którą można było wytłumaczyć tylko w języku mitów, rytuałów, symboli, opowieści, poezji. Bardzo wyraziście w takim kręgu ujawniało się takie rozumienie świętości, sacrum, które ściśle wiązało ze sobą świętą grozę (pierwiastek tremendum) ze świętym zachwytem (pierwiastkiem fascinans). Nowoczesna nauka i technologia, poczynając od XVI‒XVII wieku, „odczarowała” ten świat. Była to najpierw, za sprawą wielkich odkryć, niebywała przygoda ludzkości. „Cuda nauki” zastąpiły cudowności magii i wiary. Ale z czasem niesłychane postępy wiedzy stały się niepojęte dla zwykłych „zjadaczy chleba”, a przygoda nauki zamieniła się w pracę mnogich zespołów, nierzadko rzemieślników znudzonych swym miałkim zajęciem, jak też w swoistą „wieżę Babel”, w której jeden fizyk nie rozumie drugiego, jeden biolog innego biologa. Także świętość zaczęła być na Zachodzie traktowana jako obszar przyjaznego zachwytu, szczęśliwości i przyjemności duchowej, ozdrowieńczej terapii. I ma emanować z siebie jedynie dobro i nie łączyć się z zakazem, doznaniem zła, tragiczności czy grozy.

W naszych umysłach i sercach zrywa się wciąż jednakże tęsknota za „zaczarowaniem świata” na nowo, za „drugim dzieciństwem” ludzkości, czego wyrazem jest kultura, zwłaszcza ta w stylu „pop”, budująca – na podobieństwo dawnych – swoje opowieści mityczne, swoje historie fantasy czy horror stories. Tak oto opowieści Tolkiena, Rowling, Chambersa czy Lovecrafta stają się świętymi księgami naszego czasu, a rzeczywistość Matrixa, Gwiezdnych wojen albo też wielu komputerowych gier – wirtualną przestrzenią naszych intymnych mistycyzmów, naszych prywatnych rytuałów i oczekiwań na cud. I rzecz jasna nawrotem wyobraźni na swój sposób naiwnej, dziecięcej, podatnej na wezwania i szaleństwa fantazji. Łakniemy zatem cudu, łakniemy nowej cudowności – jakby na miarę naszych tak bardzo „nieświętych” czasów. Czasów, w których nawet z punktu widzenia religii cud prawdziwy nie jest zjawiskiem fizycznym, zewnętrznym, lecz dokonuje się on we wnętrzu człowieka – jako cud łaski, oczyszczenia, żalu za grzechy, nawrócenia, przemiany. Uwalnia go to oczywiście od presji nauki, od jej logiczności, doświadczalności i determinizmu. Ale też zasklepia w ludzkich umysłach i duszach, czyni czymś prywatnym, intymnym, obcym dla innych.

„CUD“ – Grzegorz Brzozowski

W przypadku cudu nie sposób jest mówić o prawidłach – sama obecność cudu jest fundamentalnym paradoksem – będąc dostępnym naszym zmysłom, wymyka się naszemu rozumieniu. Zamiast proponować program cudów na nadchodzący festiwal, spójrzmy na niego raczej jako na przestrzeń otwartą na paradoksy – w której pojawi się możliwość cudu, choć bez jego gwarancji. Paradoks dotyczy bowiem także częstotliwości przejawiania cudu. Ma on być tym, co najbardziej wyjątkowe – niezwykłe, bliskie epifanii, albo przynajmniej wytrąceniu z porządku naturalnego. Pojęcie cudu często jest dla nas bliskie wyobrażeniom sacrum, jakim przedstawiał je Rudolf Otto – jako mysterium tremendum et fascinans – wykraczając poza nasze rozumienie, cud jest zarazem zachwycający i przerażający. Jako taki, powinien być zjawiskiem najrzadszym. Tymczasem cuda zdają się wywierać trwały wpływ na nasz czas i naszą przestrzeń. Znajdziemy je nie tylko w obszarze zinstytucjonalizowanej religii – chociażby jako sanktuaria powstające w miejscach objawień – ale też jako cudowne źródełka, których wpływ pozostaje trwały bez względu na wyznanie, przedstawiające wytłumaczenie ich właściwości. Cuda przecinają podziały religijne – wymykają się tym, którzy chcą twierdzić, że mają na nie monopol. Cuda mają manifestować się nie tylko we wspólnotowym krajobrazie, ale i w historii – decydować nie tylko o przebiegu bitew (chociażby warszawskiej), ale też o samem istnieniu suwerennej wspólnoty – odzyskaniu i zachowaniu niepodległości. Tym samym cuda zdają się wpływać zarówno na nasze ciało zbiorowe jak i indywidualne. W inwokacji Mickiewicza to cuda przecież mają sprawić, że powrócimy – czy to „na ojczyzny łono”, czy jako „dziecko do zdrowia” (a generał Dąbrowski pojawia się na Litwie jako ten, którego „niebo obwieściło cudem”). Cuda stają się wehikułem powrotu do stanu pełni sił, życia, idylli, raju na ziemi, albo przynajmniej nadziei, że stan ten nie jest ostatecznie stracony. Może jednak cuda ceni właśnie ten, kto najwięcej stracił – wiara w nie to wyraz radykalnej nadziei wyrastającej z rozpaczy? O ile w kontekście naszej kultury możemy mówić o powracającej, trwałej obecności cudu, w przypadku kultury współczesnej mamy być może do czynienia wręcz z jego wszechobecnością. Cud jest obecnie tym, czego zdajemy się oczekiwać nieustannie, w każdej niemal dziedzinie życia. Słowo „cud” się zdemokratyzowało, łatwo przechodząc do języka (auto) promocji, poradników i przewodników nie tylko po krajobrazach, ale i życiu. Sądząc po pobieżnym przeglądzie dostępnych na rynku tytułów, cudów spodziewamy się nie tylko ze strony świętych, ale także w sferze: natury, techniki, architektury, unesco, liczymy na „cud mąki kokosowej” czy „cud równowagi ph”. Nie tracimy nadziei zarówno na cud wspólnotowy („cud gospodarczy w Polsce”) jak i radykalnie prywatny („dietę-cud”). Czy może to oznaczać, że żyjemy w czasach cudownych, czy przeciwnie: skoro nadzieja na cuda wyrasta z rozpaczy, może powszechność oczekiwania cudu świadczy właśnie o mroku naszych czasów? Czy cuda, którymi zostajemy otoczeni, zachowują jakąkolwiek wartość? Kiedy mogą się one dewaluować? Jak odróżnić cuda „mniemane” od autentycznych? Jak wygrać na giełdzie cudów – czy tryumfuje tu największy hochsztapler? A może prawdziwe cuda muszą pozostać tymi najbardziej niepozornymi, ponieważ ich wartość i tak jest samoistna – nie potrzebuje reklamy, widowni ani poklasku? Systemy religijne zdają się rozwiązywać tę kwestię przez wprowadzenie swoich kryteriów prawdziwości cudów, tym samym ustanawiając ich selekcję i hierarchię. W chrześcijaństwie katolickim, jak zawuaża Joachim Bouflet, samo cudowne doświadczenie – chociażby zapach unoszący się nad nierozkładającymi się zwłokami – choć nadnaturalne, jest niewystarczające, by świadczyć o świętości jego źródła. Może to jednak na nas spoczywa wysiłek podtrzymania wrażliwości na dostrzeżenie prawdziwego cudu – jak zauważa Wisława Szymborska w „Jarmarku cudów”: „Cud, tylko się rozejrzeć: wszechobecny świat”? Jaka jest jednak tak naprawdę stawka tego wysiłku – poszukiwania cudu, odróżniania go od cudaków? Czy wiara w cuda jest nam potrzebna, czy przeciwnie – to niewiara w nie nas wyzwala? Według C.S. Lewisa, twórcy cudownej alegorii przemiany duchowej jako świata Narnii, ci, którzy wykluczają możliwość cudu, otwierają furtkę dla radykalnego materializmu: chcą widzieć prawa natury jako nienaruszalne. Gdzie jednak – w tak dookreślonym świecie – znajdzie się przestrzeń dla naszych jednostkowych, wolnych od determinizmów, decyzji? Z drugiej strony, obecność cudów też może być narzędziem przymusu. Doświadcza tego sam Jezus z „Ewangelii…” zaproponowanej przez Jose Saramago. Nie jest to samodzielny cudotwórca – jest on raczej zaskoczony towarzyszącymi mu cudami, do momentu, aż okazują się one swoistym narzędziem szantażu ze strony wszechmocnego stwórcy, zmuszającym Jezusa do wejścia w rolę zbawcy. Cuda stają się tu poniekąd narzędziem upokarzania ludzkości – powstrzymywania jej przed uwierzeniem, że może spróbować sama odpowiadać za swój los: „cud sam w sobie, choćby nie wiadomo co nam opowiadano, nie jest czymś dobrym, skoro trzeba wypaczać logikę i porządek rzeczy, aby uczynić je lepszymi”. Cud zatem, tak jak miłość u Sępa-Sarzyńskiego, wikła nas poniekąd w potrzask: i wierzyć w niego ciężko, nie wierzyć, nędzna pociecha. Jedno z arcydzieł Felliniego – kojarzonego jako specjalista od filmów o sztuczkach, fabrykowaniu cudów i cudakach – otwiera ukazująca się na niebie postać Jezusa, zbliżającego się do Rzymu. Szybko okazuje się, że jest to tylko przenoszona przez helikopter rzeźba. Niezależnie od demaskacji, w pogoń za figurą ruszają paparazzi. Nieważne, na ile podważalny może być sam cud – poszukiwanie go i zachwyt nim pozostają autentyczne; być może to właśnie one wyznaczają drogę do „słodkiego życia”?

Oko Nigdy Nie Śpi edycje